Drewniane sufity rozwiewają wątpliwości

Czasami jest tak, że leżę i zastanawiam się co się dzieje w moim organizmie. Oczywiście nie nachodzą mnie takie przemyślenia bezprzyczynowo, natomiast całkowicie i niereformowalnie bezskutkowo. Leżę więc, dajmy na to, w skomplikowanym wężym zwinięciu, przyciskając do podołka poduszkę (poduszka na podołku jako jedyny niezawodny chwyt nowoczesnej medycyny), i zastanawiam się czy ten tępy ból ściskający cały mój żołądek to wrzód, nowotwór, obcy czy niestrawność. Tabletki rozkurczowe za daleko, bo aż w kuchni, a do kuchni kawał drogi i musiałabym się przetransportować nie odwijając się z jedynej bezbolesnej pozycji jaką udało mi się przybrać, wiec leżę dalej. Jestem szczególnie dobrze przystosowana do prowadzenia głębokich przemyśleń w pozycji horyzontalnej ponieważ mam drewniany sufit; niedoceniana jest wartość drewnianych sufitów. Takie typowe, białe sufity spotykane w większości mieszkań są klaustrofobiczne i nakładają sztywne ograniczenia na okazje do intelektualnych wędrówek po metafizycznej przestrzeni. Jeśli jest temat, w którym mogę się wypowiadać z autorytetem, to zbijanie bąków na wpatrywaniu się w przestrzeń i sufity, jako że już dzieckiem będąc połączyłam te dwa czynniki w moje ulubione hobby. Drewniane sufity mają fascynującą teksturę, mają charakter, mają pstrokato porozrzucane sęki układające się w dowolne kontury – nic przyjemniejszego jak tylko zapatrzeć się w taki sufit, przejeżdżając wzrokiem po dobrze już znanych kształtach i wzorach, i pozwolić myślom nieokiełznanie biec w zagadkowych kierunkach. Wczorajsze myśli, na przykład, nieokiełznanie dobiegły do gastroskopii.

Innym razem leżałam, dla odmiany, na podłodze, i układając sęki w kształt aligatora – prawidłowość odkryta jeszcze w przedszkolu – polemizowałam sama ze sobą na temat konieczności udania się do kręgarza. Twarde klepki podłogowe zapewniały chwilową ulgę wysuniętemu dyskowi, tak jak poduszka w końcu rozgrzała obolały brzuch, i po pewnym czasie problem zniknął samoczynnie, a ja oszczędziłam sobie konieczności wizyty u lekarza.

Strach przed lekarzami uważam za cechę naturalnie wrodzoną u każdego człowieka i ci, którzy się jej pozbyli na drodze dorosłości, zdobywanego rozumu i różnych tego typu bzdur, są ewolucyjnymi ewenementami i, paradoksalnie, powinni być poddani naukowym badaniom. Jestem pewna, że jedno z malowideł w jaskini Lascaux przedstawia bizona desperacko smarującego się altacetem i tłumaczącego swojej bizoniej żonie że to tylko małe stłuczenie i samo się wchłonie, a w ogóle to wcale nie jest spuchnięte tylko w tym świetle tak wygląda. Niemniej jednak postępy w medycynie i presja społeczeństwa każą mi czuć się (okazyjnie) niekomfortową z moją jak najbardziej naturalną awersją do lekarzy i kiedy tak leżę zwinięta na łóżku, podczytując w internecie na telefonie dokładny opis badania gastroskopowego, zaczynają mną targać ambiwalentne uczucia. Nachodzą mnie różne wynaturzone myśli, z serii: a może to mądre chodzić na wizyty, może jak coś mi dolega to człowiek po dziesięciu latach studiów nad ludzkim organizmem byłby w stanie mi pomóc, może to tylko pół godziny wizyty i po bólu? Na szczęście po najczarniejszej nocy przychodzi dzień; wyczerpana kilkugodzinnym bólem w końcu usypiam, a kiedy się budzę nic mi już nie dolega i z ulgą, że znów nabrałam zdrowej perspektywy na kwestię tych sadystycznych szamańskich instytucji, zaczynam kolejny dzień życia w błogiej ignorancji dla własnego zdrowia, w której trwam aż do następnego razu.

Malkontenctwo 101: nieszczęście oddam w dobre ręce

Według Freddy’ego Mercury’ego za dużo miłości może zabić, ale według mnie dalece trafniejszym stwierdzeniem byłoby „za dużo czasu wolnego może zabić”. W ostatnich miesiącach ubiegłego semestru podchodziłam do myśli o wakacjach jak do obficie uzębionego tygrysa i usilnie starałam się wymyślić sobie zajęcie na wszystkie te nie w Szwecji spędzone tygodnie. Obawiałam się że pozostawiona sama sobie i moim rozmyślaniom doznam kompletnego upadku działań umysłowych (przypadłość powszechnie zwana „kotem”) i, mimo najlepszych chęci, dziś rano obudziłam się z głębokim przekonaniem że tak właśnie się stało.

Najbardziej winna całej sytuacji jestem, oczywiście, sama ja. Uporczywe rozmyślanie na temat „jak być szczęśliwym w życiu” prowadzi do wielu rzeczy ale NIE do bycia szczęśliwym w życiu, o czym powinnam była dobrze wiedzieć. Usiłując znaleźć naukowe wyjaśnienie mojej ułomności, obejrzałam kilka przemówień na TEDzie dotyczących nieuchwytnej natury szczęścia; bardziej niż oczekiwanego objawienia duchowego doznałam raczej przykrego odczucia że jako ludzkość jesteśmy gruntownie nieszczęśliwymi malkontentami-megalomanami uparcie szukającymi odpowiedzi na nie-wiadomo-jakie pytania. Wszyscy gonimy za nieokreślonym „czymś więcej”, za co osobiście obwiniam kulturę masową, bo gdyby nie hollywoodzko-bestsellerowy pop-bełt kreślący przed odbiorcami odpowiedni model szczęśliwego, udanego życia, odbiorca miałby szansę spojrzeć na swój dobytek z realnej perspektywy i zaczerpnąć z niego przyjemność; zamiast tego ten sam biedny odbiorca trwa w przekonaniu, że dopóki nie spotka (na drodze hiper-wymyślnych ekstra-romantycznych przypadkowych-przypadków) miłości swojego życia, nie dozna triumfu nad wrogami z przeszłości, nie wygra stanowych rozgrywek futbolu podczas gdy stadion pełen ludzi skanduje jego imię – dopóty jego życie będzie wyssane z emocji. Chciałabym zobaczyć chociaż jeden realistyczny sequel do takiego filmu lub książki: dzień po osiągniętym sukcesie (miłość/praca/zemsta/mecz/wygrana w konkursie na najzgrabniej udekorowany dwupiętrowy tort bez glukozy), główny bohater budzi się z uczuciem przejmującej pustki w klatce piersiowej i zdruzgotany uświadamia sobie, że osiągnąwszy cel do którego dążył przez iks lat (zazwyczaj około sto minut z życia odbiorcy) nie ma pojęcia co ze sobą zrobić i przytłumiony szarą rzeczywistością idzie dalej spać żeby nie musieć stawiać czoła nowemu, pozbawionemu celu życiu. Wersja optymistyczna: po tygodniu lub dwóch dobrego humoru główny bohater dochodzi do równie posępnego wniosku, że życiowe szczęście (to, czego osiągnięcia był taki pewien jeszcze w poprzedniej części) bardzo rzadko lub nigdy opiera się jedynie na jednym osiągnięciu życiowym, jest znacznie bardziej ulotne i nie zależy od jednego czynnika (miłość/praca/zemsta/mecz/ocalenie ulubionego drzewa z dzieciństwa przed morderczym ścięciem z rąk krwiożerczej korporacji). Co gorsza, po wspomnianym tygodniu lub dwóch nowe osiągnięcie naszego bohatera wydaje mu się oczywistym i stałym elementem jego nowej rzeczywistości, a życie razem ze wszystkimi nieprzyjemnościami wciąż idzie dalej i zaskakuje go na każdym kroku. Tak brutalnie wyegzekwowany przez los zimny prysznic jest za dużym brzemieniem dla naszego rozkosznie naiwnego bohatera i ląduje on w psychiatryku lub klinice odwykowej gdzie umiera w samotności czterdzieści lat później.

Sedno mojego toku myślowego jest takie, że ulotne szczęście jest ulotne. W moim mało ambitnym życiu chyba nigdy jeszcze do niczego nie dążyłam z krwiożerczym zapałem, ale – chociażby: kilka miesięcy temu zostałam wreszcie doceniona przez pracownika uczelni który przez dłuższy czas uparcie oceniał moje zdolności intelektualne w tych samych kategoriach w których sądził zapewne szympansy i co sprytniejsze z orangutanów. Przeczytawszy tych kilka zdań pełnych pochwał na mój temat przepełniła mnie duma, uczucie odniesionego sukcesu wzniosło mnie na wyżyny samopoczucia, a metaforyczny tłum kibiców skandował moje imię z trybun. Nie przyczyniło się to w żaden sposób do mojego ogólnego szczęścia, ale kilka czerwcowych dni rzeczywiście spędziłam w wybitnie dobrym humorze i całkiem przekonana o świetlanym charakterze mojej przyszłości.

Z jeszcze innej strony, może problem tkwi nie w tym, co nasze czasy produkują, tylko właśnie w naszych czasach? Indywidualność niby taka nowoczesna, a może właśnie przez nią ludzie poświęcają za dużo czasu na to zdradliwe myślenie, refleksję nad samym sobą, podróże po gabinetach terapeutów i wycieczki do półek z poradnikami? Kiedyś problemy napiętrzały się wraz z przekroczeniem progu domu, jak nie mamut czy dżuma to krwiożerczy krzyżowiec albo szalony rewolucjonista ze szpadą; ludzie mieli więcej problemów, ale też nie można im było odmówić dobrej perspektywy na życie i zdrowego dystansu do spraw przyziemnych. Czasami leżę na łóżku podziwiając ilości unoszącego się dookoła mnie kurzu i zastanawiam się jaką powinnam obrać drogę życiową, żebym mogła i wykorzystać moje zainteresowania, i się rozwijać kreatywnie, i przy okazji coś zarobić na życie, ale nie gnić za biurkiem od ósmej do siedemnastej, może powinnam zrobić te studia jeszcze, może postarać się o staż w tym miejscu, a może zakręcić się w tamtym, i tak dalej, i tak dalej, aż dociera do mnie, że ilość stojących przede mną możliwości bardziej mnie unieszczęśliwia niż uszczęśliwia. Patrzę na nie jak na wroga, który tylko czeka aż źle wybiorę i z lubieżną satysfakcją będzie tańczył na moim uschniętym w obrotowym krześle z Ikei na siódmym piętrze w korpo trupie i przypominał o wszystkich opcjach życiowych, których nie wybrałam. To prowadzi do bardzo oczywistej konkluzji, że wszystko zależy od naszej własnej perspektywy i największym wrogiem każdego z nas jesteśmy my sami, ale i tak w takich rzadkich chwilach olśnienia moja własna niewdzięczność i egocentryzm aż mnie zatykają.

Bardzo ciekawie mówi o tym w jednej TED!mowie pan Dan Gilbert, który w pewnym momencie przytacza też cytat z Szekspira:

for there is nothing either good or bad,

but thinking makes it so

Co jest w gruncie rzeczy hiperbolą na moje powyższe przemyślenia; i co z tego, że hiperbolą, Szekspirowi wolno. (Poza tym świadomość że Szekspira zajmowały podobne problemy zawsze była dla mnie kojąca).

Niesłuszność szwedzkich pomidorów wobec szczerej chęci carpe diem

Pomieszkiwałam ostatnio w Szwecji i choć tuż po powrocie nie miałam mieszanych uczuć, uczucia sukcesywnie się pomieszały przez następnych kilka tygodni.

„Pomieszkiwałam” jest, oczywiście, wyolbrzymieniem. Spędziłam tam ledwo trzy tygodnie, ale po raz pierwszy w życiu a.) nie wyjechałam na wakacje w celach ogólnoturystycznych oraz b.) prowadziłam tam absolutnie samodzielny tryb życia, stąd moje brawurowe użycie słowa „pomieszkiwałam”. Miałam do dyspozycji własny pokój w akademiku, co w szwedzkim wydaniu oznacza czysty, całkiem przestronny i porządnie wyposażony pokój z łazienką i prysznicem, równie czystą kuchnią dzieloną razem z kilkoma uprzejmymi i cichymi szwedzkimi studentami, a wszystko w pięknym budynku usytuowanym w ładnej, bezpiecznej dzielnicy. Słowo „akademik” ma w warszawskim wydaniu tak mało zachęcające konotacje, że z początku nie chciało mi się wierzyć. Wyjechałam w pełni gotowa na trzy tygodnie higienicznych kompromisów, a zamiast tego dostałam to, o czym od kilku lat już marzyłam, czyli okazję zamieszkania całkiem samej w nieprzygnębiającym pokoiku.

Status nieprzygnębiającego pokoik utrzymał całkiem, jak na mnie, długo, bo prawie półtora tygodnia.

Każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że Szwecja jest krajem dla mnie. Nie czułam się wyobcowana, nie czekały mnie na każdym kroku niemiłe niespodzianki, nie łapałam się na tęsknocie za czymś polskim lub domowym. (Poza ciemnym pieczywem; Szwedzi muszą mieć niewytłumaczalny awers do ciemnego pieczywa, bo nie mogłam go nigdzie znaleźć). Pewnie potrzeba dłużej niż trzech tygodni żeby zacząć cierpieć na szok kulturowy, ale ja i tak wróciłam dumna z siebie że nic takiego nie odczułam i wzięłam to za Istotny Znak, że znalazłam Dobre Miejsce.

Oczywiście minęło trochę czasu a ja zdążyłam wszystko poddać analizie i re-analizie, zwątpić, zniechęcić się i obrazić sama na siebie. Wyobraziłam sobie mój trzytygodniowy pobyt rozciągnięty do pół roku, roku, a przy dobrych wiatrach może nawet dwóch; pomyślałam o codziennym życiu w akademiku, czystym, ale jednak ciasnym, o ciągłym martwieniu się o pieniądze, o ewentualnych nieprzyjemnych korytarzowych sąsiadach, o bajońsko drogich cenach biletów na każdy środek komunikacji (poza rowerem) (ale rowerem do miasta obok nie dojadę) (chyba żeby mi się nudziło) i moje wątpliwości nabrały całkiem realnego wymiaru. Nie wiem już sama czy bardziej zniechęca mnie studenckie życie, czy życie w Szwecji, która poza wspomnianymi cenami odstrasza jeszcze monopolem supermarketów (jestem bez wstydu dzieckiem rozpieszczonym wszechobecną możliwością kupienia świeżych warzywków na bazarkach, a pomidory ze sklepu ICA smakują wodnisto i nic poza tym).

Oznaka braku dystansu do życia i niemożności racjonalnych rozmyślań: kiedy pomidory są wiążącym argumentem w debacie o losach własnej przyszłości.

Abstrahując już od Szwecji, którą naprawdę pokochałam i czuję że przelewam na nią gorycz zapoczątkowaną przez jakiś inny czynnik, odkąd wróciłam naszło mnie wiele życiowych przemyśleń na temat emigracji i odnajdywania siebie – i nowego domu – na obcych ziemiach i dopiero tu, spacerując po moim starym, zaplutym osiedlu, olśniło mnie na czym może polegać ten szok kulturowy. Co stare śmieci to stare śmieci, i jak piękny nie byłby Sztokholm ze swoimi wyspami, widokami i drewnianymi dzielnicami (i cenami), żaden widok nie przepełnił mnie takim uczuciem spokoju i porządku we wszechświecie jak bekający dres pod moim osiedlowym spożywczym (w którym o każdej porze dnia można dostać ciemne pieczywo).

A jednak ludzie emigrują, i to nie na krótki okres studiów, ale na stałe. Czy ja przesadzam, że takie mi się to wydaje niewykonalne? Może robią to ludzie o innym charakterze, którzy na co dzień praktykują carpe diem i nie poddają każdej decyzji dziesiątkom analiz i ewaluacji? Czasami pomagają dodatkowe czynniki w postaci dochodowej posady w swojej branży bądź seksownej drugiej połówki czekającej po drugiej stronie granicy, ale ponieważ mi żaden z powyższych nie grozi, zachodzi deprymujące pytanie – jak poczuć się u siebie, kiedy nie jest się u siebie?

Niepotrzebne skreślić, czyli jak zastosować łopatologiczną logikę ankiet do życia codziennego

Z wykształcenia filolog/kulturoznawca/podróżnik/dziennikarz/wybitna aktorka Hollywoodu i zdobywczyni licznych Oscarów (niepotrzebne skreślić)

Zainteresowania: konkretne i uściślone/w gruncie rzeczy wszystko, a wręcz obawiam się że nic (niepotrzebne skreślić)

Aspiracje zawodowe: interesująca praca bezpośrednio związana z obszarem zainteresowań/zarabianie pieniędzy (tylko jedna odpowiedź możliwa, niepotrzebne skreślić)

Dokończ zdanie: W przyszłości chciałbym/chciałabym dorosnąć, może.