Niesłuszność szwedzkich pomidorów wobec szczerej chęci carpe diem

Pomieszkiwałam ostatnio w Szwecji i choć tuż po powrocie nie miałam mieszanych uczuć, uczucia sukcesywnie się pomieszały przez następnych kilka tygodni.

„Pomieszkiwałam” jest, oczywiście, wyolbrzymieniem. Spędziłam tam ledwo trzy tygodnie, ale po raz pierwszy w życiu a.) nie wyjechałam na wakacje w celach ogólnoturystycznych oraz b.) prowadziłam tam absolutnie samodzielny tryb życia, stąd moje brawurowe użycie słowa „pomieszkiwałam”. Miałam do dyspozycji własny pokój w akademiku, co w szwedzkim wydaniu oznacza czysty, całkiem przestronny i porządnie wyposażony pokój z łazienką i prysznicem, równie czystą kuchnią dzieloną razem z kilkoma uprzejmymi i cichymi szwedzkimi studentami, a wszystko w pięknym budynku usytuowanym w ładnej, bezpiecznej dzielnicy. Słowo „akademik” ma w warszawskim wydaniu tak mało zachęcające konotacje, że z początku nie chciało mi się wierzyć. Wyjechałam w pełni gotowa na trzy tygodnie higienicznych kompromisów, a zamiast tego dostałam to, o czym od kilku lat już marzyłam, czyli okazję zamieszkania całkiem samej w nieprzygnębiającym pokoiku.

Status nieprzygnębiającego pokoik utrzymał całkiem, jak na mnie, długo, bo prawie półtora tygodnia.

Każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że Szwecja jest krajem dla mnie. Nie czułam się wyobcowana, nie czekały mnie na każdym kroku niemiłe niespodzianki, nie łapałam się na tęsknocie za czymś polskim lub domowym. (Poza ciemnym pieczywem; Szwedzi muszą mieć niewytłumaczalny awers do ciemnego pieczywa, bo nie mogłam go nigdzie znaleźć). Pewnie potrzeba dłużej niż trzech tygodni żeby zacząć cierpieć na szok kulturowy, ale ja i tak wróciłam dumna z siebie że nic takiego nie odczułam i wzięłam to za Istotny Znak, że znalazłam Dobre Miejsce.

Oczywiście minęło trochę czasu a ja zdążyłam wszystko poddać analizie i re-analizie, zwątpić, zniechęcić się i obrazić sama na siebie. Wyobraziłam sobie mój trzytygodniowy pobyt rozciągnięty do pół roku, roku, a przy dobrych wiatrach może nawet dwóch; pomyślałam o codziennym życiu w akademiku, czystym, ale jednak ciasnym, o ciągłym martwieniu się o pieniądze, o ewentualnych nieprzyjemnych korytarzowych sąsiadach, o bajońsko drogich cenach biletów na każdy środek komunikacji (poza rowerem) (ale rowerem do miasta obok nie dojadę) (chyba żeby mi się nudziło) i moje wątpliwości nabrały całkiem realnego wymiaru. Nie wiem już sama czy bardziej zniechęca mnie studenckie życie, czy życie w Szwecji, która poza wspomnianymi cenami odstrasza jeszcze monopolem supermarketów (jestem bez wstydu dzieckiem rozpieszczonym wszechobecną możliwością kupienia świeżych warzywków na bazarkach, a pomidory ze sklepu ICA smakują wodnisto i nic poza tym).

Oznaka braku dystansu do życia i niemożności racjonalnych rozmyślań: kiedy pomidory są wiążącym argumentem w debacie o losach własnej przyszłości.

Abstrahując już od Szwecji, którą naprawdę pokochałam i czuję że przelewam na nią gorycz zapoczątkowaną przez jakiś inny czynnik, odkąd wróciłam naszło mnie wiele życiowych przemyśleń na temat emigracji i odnajdywania siebie – i nowego domu – na obcych ziemiach i dopiero tu, spacerując po moim starym, zaplutym osiedlu, olśniło mnie na czym może polegać ten szok kulturowy. Co stare śmieci to stare śmieci, i jak piękny nie byłby Sztokholm ze swoimi wyspami, widokami i drewnianymi dzielnicami (i cenami), żaden widok nie przepełnił mnie takim uczuciem spokoju i porządku we wszechświecie jak bekający dres pod moim osiedlowym spożywczym (w którym o każdej porze dnia można dostać ciemne pieczywo).

A jednak ludzie emigrują, i to nie na krótki okres studiów, ale na stałe. Czy ja przesadzam, że takie mi się to wydaje niewykonalne? Może robią to ludzie o innym charakterze, którzy na co dzień praktykują carpe diem i nie poddają każdej decyzji dziesiątkom analiz i ewaluacji? Czasami pomagają dodatkowe czynniki w postaci dochodowej posady w swojej branży bądź seksownej drugiej połówki czekającej po drugiej stronie granicy, ale ponieważ mi żaden z powyższych nie grozi, zachodzi deprymujące pytanie – jak poczuć się u siebie, kiedy nie jest się u siebie?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s