Malkontenctwo 101: nieszczęście oddam w dobre ręce

Według Freddy’ego Mercury’ego za dużo miłości może zabić, ale według mnie dalece trafniejszym stwierdzeniem byłoby „za dużo czasu wolnego może zabić”. W ostatnich miesiącach ubiegłego semestru podchodziłam do myśli o wakacjach jak do obficie uzębionego tygrysa i usilnie starałam się wymyślić sobie zajęcie na wszystkie te nie w Szwecji spędzone tygodnie. Obawiałam się że pozostawiona sama sobie i moim rozmyślaniom doznam kompletnego upadku działań umysłowych (przypadłość powszechnie zwana „kotem”) i, mimo najlepszych chęci, dziś rano obudziłam się z głębokim przekonaniem że tak właśnie się stało.

Najbardziej winna całej sytuacji jestem, oczywiście, sama ja. Uporczywe rozmyślanie na temat „jak być szczęśliwym w życiu” prowadzi do wielu rzeczy ale NIE do bycia szczęśliwym w życiu, o czym powinnam była dobrze wiedzieć. Usiłując znaleźć naukowe wyjaśnienie mojej ułomności, obejrzałam kilka przemówień na TEDzie dotyczących nieuchwytnej natury szczęścia; bardziej niż oczekiwanego objawienia duchowego doznałam raczej przykrego odczucia że jako ludzkość jesteśmy gruntownie nieszczęśliwymi malkontentami-megalomanami uparcie szukającymi odpowiedzi na nie-wiadomo-jakie pytania. Wszyscy gonimy za nieokreślonym „czymś więcej”, za co osobiście obwiniam kulturę masową, bo gdyby nie hollywoodzko-bestsellerowy pop-bełt kreślący przed odbiorcami odpowiedni model szczęśliwego, udanego życia, odbiorca miałby szansę spojrzeć na swój dobytek z realnej perspektywy i zaczerpnąć z niego przyjemność; zamiast tego ten sam biedny odbiorca trwa w przekonaniu, że dopóki nie spotka (na drodze hiper-wymyślnych ekstra-romantycznych przypadkowych-przypadków) miłości swojego życia, nie dozna triumfu nad wrogami z przeszłości, nie wygra stanowych rozgrywek futbolu podczas gdy stadion pełen ludzi skanduje jego imię – dopóty jego życie będzie wyssane z emocji. Chciałabym zobaczyć chociaż jeden realistyczny sequel do takiego filmu lub książki: dzień po osiągniętym sukcesie (miłość/praca/zemsta/mecz/wygrana w konkursie na najzgrabniej udekorowany dwupiętrowy tort bez glukozy), główny bohater budzi się z uczuciem przejmującej pustki w klatce piersiowej i zdruzgotany uświadamia sobie, że osiągnąwszy cel do którego dążył przez iks lat (zazwyczaj około sto minut z życia odbiorcy) nie ma pojęcia co ze sobą zrobić i przytłumiony szarą rzeczywistością idzie dalej spać żeby nie musieć stawiać czoła nowemu, pozbawionemu celu życiu. Wersja optymistyczna: po tygodniu lub dwóch dobrego humoru główny bohater dochodzi do równie posępnego wniosku, że życiowe szczęście (to, czego osiągnięcia był taki pewien jeszcze w poprzedniej części) bardzo rzadko lub nigdy opiera się jedynie na jednym osiągnięciu życiowym, jest znacznie bardziej ulotne i nie zależy od jednego czynnika (miłość/praca/zemsta/mecz/ocalenie ulubionego drzewa z dzieciństwa przed morderczym ścięciem z rąk krwiożerczej korporacji). Co gorsza, po wspomnianym tygodniu lub dwóch nowe osiągnięcie naszego bohatera wydaje mu się oczywistym i stałym elementem jego nowej rzeczywistości, a życie razem ze wszystkimi nieprzyjemnościami wciąż idzie dalej i zaskakuje go na każdym kroku. Tak brutalnie wyegzekwowany przez los zimny prysznic jest za dużym brzemieniem dla naszego rozkosznie naiwnego bohatera i ląduje on w psychiatryku lub klinice odwykowej gdzie umiera w samotności czterdzieści lat później.

Sedno mojego toku myślowego jest takie, że ulotne szczęście jest ulotne. W moim mało ambitnym życiu chyba nigdy jeszcze do niczego nie dążyłam z krwiożerczym zapałem, ale – chociażby: kilka miesięcy temu zostałam wreszcie doceniona przez pracownika uczelni który przez dłuższy czas uparcie oceniał moje zdolności intelektualne w tych samych kategoriach w których sądził zapewne szympansy i co sprytniejsze z orangutanów. Przeczytawszy tych kilka zdań pełnych pochwał na mój temat przepełniła mnie duma, uczucie odniesionego sukcesu wzniosło mnie na wyżyny samopoczucia, a metaforyczny tłum kibiców skandował moje imię z trybun. Nie przyczyniło się to w żaden sposób do mojego ogólnego szczęścia, ale kilka czerwcowych dni rzeczywiście spędziłam w wybitnie dobrym humorze i całkiem przekonana o świetlanym charakterze mojej przyszłości.

Z jeszcze innej strony, może problem tkwi nie w tym, co nasze czasy produkują, tylko właśnie w naszych czasach? Indywidualność niby taka nowoczesna, a może właśnie przez nią ludzie poświęcają za dużo czasu na to zdradliwe myślenie, refleksję nad samym sobą, podróże po gabinetach terapeutów i wycieczki do półek z poradnikami? Kiedyś problemy napiętrzały się wraz z przekroczeniem progu domu, jak nie mamut czy dżuma to krwiożerczy krzyżowiec albo szalony rewolucjonista ze szpadą; ludzie mieli więcej problemów, ale też nie można im było odmówić dobrej perspektywy na życie i zdrowego dystansu do spraw przyziemnych. Czasami leżę na łóżku podziwiając ilości unoszącego się dookoła mnie kurzu i zastanawiam się jaką powinnam obrać drogę życiową, żebym mogła i wykorzystać moje zainteresowania, i się rozwijać kreatywnie, i przy okazji coś zarobić na życie, ale nie gnić za biurkiem od ósmej do siedemnastej, może powinnam zrobić te studia jeszcze, może postarać się o staż w tym miejscu, a może zakręcić się w tamtym, i tak dalej, i tak dalej, aż dociera do mnie, że ilość stojących przede mną możliwości bardziej mnie unieszczęśliwia niż uszczęśliwia. Patrzę na nie jak na wroga, który tylko czeka aż źle wybiorę i z lubieżną satysfakcją będzie tańczył na moim uschniętym w obrotowym krześle z Ikei na siódmym piętrze w korpo trupie i przypominał o wszystkich opcjach życiowych, których nie wybrałam. To prowadzi do bardzo oczywistej konkluzji, że wszystko zależy od naszej własnej perspektywy i największym wrogiem każdego z nas jesteśmy my sami, ale i tak w takich rzadkich chwilach olśnienia moja własna niewdzięczność i egocentryzm aż mnie zatykają.

Bardzo ciekawie mówi o tym w jednej TED!mowie pan Dan Gilbert, który w pewnym momencie przytacza też cytat z Szekspira:

for there is nothing either good or bad,

but thinking makes it so

Co jest w gruncie rzeczy hiperbolą na moje powyższe przemyślenia; i co z tego, że hiperbolą, Szekspirowi wolno. (Poza tym świadomość że Szekspira zajmowały podobne problemy zawsze była dla mnie kojąca).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s